046. Ocena bloga It Never Ends Well


Wyjątkowo bez wstępów zapraszam Sylville.
Wjazd do miasta 9/10
Adres – po nagielsku – it never ends well – zastanawiam się, co to jest to „coś”, co nigdy nie kończy się dobrze. Trzeba zaliczyć ci na plus, że adres powoduje, iż zaczynam się zastanawiać, że potrafi zainteresować, że ja – jako czytelnik – zaczynam się zastanawiać, jaką treść niesie ze sobą twój blog.
Belka jest taka sama, jak adres – nie wiem, być może to wina serwisu i nic innego się tam znaleźć nie może, a może tak po prostu chcesz, bo uważasz, że to konsekwentne – konsekwentne i owszem, ale widzę to samo zdanie na nagłówku, a to już nieco trąci monotonią… Pomijając tę kwestię, poprzedniemu blogowi odjęłam punkt za coś takiego, tutaj też odejmę. Trzeba być konsekwentnym.
Pierwsze spojrzenie na szablon – największą uwagę przyciąga nagłówek, poza tym mrocznie, jakoś tajemniczo. Ale o tym za chwilę.
Architektura 14/15
Jak już mówiłam – najwięcej uwagi przyciąga nagłówek – według notki w bocznej kolumnie, przedstawia on głównego bohatera – Vernera – którego udaje James McAvoy.
I teraz tak go sobie będę wyobrażać. Perspektywa jest interesująca, chociaż nie przepadam za tym, żeby znane twarze służyły mi za obrazek fikcyjnej, literackiej postaci.
Szkoda, że tekstura nie chce powiedzieć, skąd pochodzi, bo w istocie bardzo ładna.
Jedyny zarzut jaki mam wobec szablonu, to miniaturowe, białe literki na czarnym tle – zlituj się, toż to oczy można zmęczyć!
Wielki plus za samodzielne wykonanie szablonu.
Czy miałam coś jeszcze powiedzieć…
Jedziemy dalej, do najważniejszej części oceny!

Zwiedzanie 41/46
Sześć rozdziałów plus prolog – czym prędzej zabieram się za czytanie.
Gott mit uns! [Allons-y! Geronimo!]
A)Historia 29/30
Prolog:
A więc ff potterowskie. W porządku. Prolog napisany stylem nieco poetyckim powiedzieć można, ale na pierwszy  rzut oka – to znaczy po przeczytaniu prologu – już widzę, że masz konkretny plan na tę opowieść i będziesz go realizować.
Z technicznej strony – nie wiem, czy to zabieg zamierzony czy nie, ale nagromadzenie spójnika „i” jest zatrważające.
Rozdział 1:
Poznajemy głównego bohatera, jego wygląd i maleńką cząstkę historii. Szczególnie podobało mi się wplecenie w tekst opisu wyglądu – nie w jednym akapicie, nie zatrzymując przedstawianej sytuacji w chwilowym niebycie, ale łącząc ze sobą akcję i opis.
Przy okazji muszę wspomnieć, że strasznie uśmiałam się przy fragmencie mówiącym o tym, że mroczni faceci zawsze piją kawę, choć muszę przyznać, iż jest w tym trochę prawdy. Nie wyobrażam sobie żadnego skurczybyka pijącego taki sok pomarańczowy dla przykładu.
Chociaż taki Arnold pija mleko…
Och i jaką to ja bliskość z twoim Vernerem odczuwam – też nie lubię „postmodernistycznych paskudztw”.
A po informacji, iż Verner jest złodziejem dzieł sztuki, czy jak by tego tam nie nazwać – zapachniało mi Jo Nesbo i jego „Łowcami głów”.
Rozdział 2:
 Rozdział znów rozpoczyna się paroma przemyśleniami ogólnymi, później dostajemy trochę wspomnień Vernera, a tak, żebyśmy mogli go lepiej poznać. Umiesz prowadzić narrację, ale cały czas zastanawiam się nad narratorem – w przeważającej części wydaje mi się, iż używasz narracji personalnej, z narratorem bezpośrednim, czyli pozornie trzecioosobowej, jak we fragmentach pamiętnika Rzeckiego z Lalki, ale czasem wspomnisz – w tym samym akapicie – o czymś, czego narrator-Verner nie mógłby wiedzieć, czyli na przykład o uczuciach kobiet, z którymi Verner się spotyka (tak było w przypadku Holly). Niemniej jednak było to zdaje się jedno pojedyncze zdanie, więc możemy uznać, że narracja została zachowana.
Należy również docenić humor sytuacyjny – mówię o scenie w parku – piękne odmalowanie pięciolatków, naprawdę.
Trochę żałuję, że nie opisałaś samego momentu kradzieży obrazu, tylko użyłaś ogólników, pisząc, jak to zwykł robić Verner – przez to akcja trochę nam stanęła w miejscu – nie zagadaj czytelnika, on chciałby „zobaczyć” ruch.
Rozdział 3:
Rozdział jest uroczo absurdalny – poznajemy – razem z Vernerem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to narrator bezpośredni – Rasmusa Greengrassa, który w sposób przypominający mi gangsterskie porachunki z początku wieku (ale raczej nie zostawianie końskiej głowy w czyimś wyrku) werbuje Vernera do nowej roboty – staje się jego priorytetowym zleceniodawcą – przy okazji poznajemy trochę lepiej samego głównego bohatera – otóż dowiadujemy się, czego się boi i jak radzi sobie w stresujących sytuacjach.
Greengrass pomimo bycia – jak na razie – quasi schwarzcharakterem wydaje się być dosyć sympatyczną, a nawet fascynującą personą.
Rozdział 4:
W tym rozdziale po raz kolejny poznajemy nową postać – przyjaciela Vernera, Freda, który, szczerze przyznam – jest takim przyjacielem ex machina – okazuje się, że kiedyś pracowali razem, ale teraz Fred wrócił na ścieżkę uczciwości.
Przy okazji tego rozdziału, muszę trochę ponarzekać na niewielką ilość opisów otoczenia – ba, opisy prawie nie istnieją. Bo taki Verner pojawia się po raz pierwszy w nowym dla czytelnika miejscu – mieszkaniu Freda – a my dowiadujemy się tak niewiele. Bohaterowie nie mogą poruszać się po green screenie – musisz opisać scenerię, nawet ulice o wątpliwej wśród dobrych obywateli opinii powinny mieć jakiś opis. Oczywiście, poznawanie historii Vernera i jego przemyślenia są najbardziej interesującą częścią opowieści, ale nie można eksponować jednych i zapominać o drugich elementach budujących świat przedstawiony.
Rozdział 5:
Verner odwiedza Holly i swoją córkę Lettie i mówi dobrze brzmiące, ale naiwne rzeczy – tak można podsumować ten rozdział. Jakoś nie widzę Vernera w roli dobrego ojca, on siebie chyba też nie, więc nie wiadomo, co za siła pchnęła go do mówienia tych wszystkich naiwnych zapewnień. Ani chybi Imperator Imperatyw.
A scena z albumem – kurcze, jakoś mi się to dziwnie skojarzyło z tymi wszystkimi – jak powtórzę jeszcze raz to słowo , to się chyba nim zakrztuszę – naiwnymi filmami. Jakaś inspiracja?
Rozdział 6:
Cóż, co do nowego rozdziału żadnych innych uwag nie mam prócz jednej:
Gdzie się podziała akcja?
Ale o to już ktoś pytał w komentarzu.
B)Do odrestaurowania 3/6
Błędów nie ma wiele, ot jakieś potknięcia stylistyczne, zapomniana literka. Nic, czego przy uważnym, ponownym przeczytaniu rozdziału, nie dałoby się wyłapać.
- przecinki 2/2
- brak literki 1/2
- inne 0/2
Rozdział 1:
"Verner poruszył się nieznacznie i mlasnął, co sprawiło, że kobieta uśmiechnęła się pod nosem. Kilka razy mówiła mu, że gdyby był psem..." - powtórzenie "że"
"To skutecznie uciszyło jej chichot i przez jakiś czas byli zajęci sobą nawzajem." - tu mam wrażenie, że zabrakło jakiejś części zdania po "i"... Na przykład "spowodowało", "sprawiło"?
"Z łazienki dobiegał dźwięk odkręconego prysznica" - stylistycznie to zdanie jest takie sobie. Bo co to jest dźwięk odkręconego prysznica? Ten dźwięk to dźwięk wody lejącej się z niego pod dużym ciśnieniem - samo odkręcanie prysznica dźwięku nie ma.
Rozdział 2:
" (...) w tym parku, ostoi zieloności i wesołości, pełnej rodzin..." - stylistycznie mi tu coś zgrzyta. Nie sądzisz, że lepiej pasowałoby "ostoi zieleni"? Chyba, że rzeczywiście chodziło ci jedynie o kolor, nie o rośliny jako takie.
"Narada najwyraźniej dobiegła do końca" - bez "do"
"W rzeczywistości jednak przyglądali się sobie, jakby próbowali porównać twarz osoby siedzącej obok z tą, którą pamiętali sprzed lat." - przydałby się jeszcze przecinek po "obok", bo to mi wygląda na wtrącenie.
"(...)otworzyć drzwi, znaleźć obraz, schować obraz do specjalnego worka, który dostarczyli Borgin i Burke" - powtórzenie "obraz". Wystarczyło by zastąpić to słowo zaimkiem.
Rozdział 3:
"(...)czujne spojrzenie pary ciemnych oczu tego mężczyzny ani przeszywające, analizujące spojrzenie pary zielonych oczu drugiego..." - powtórzenie "oczu"
"(...) a teraz odgrywają jakieś scenki rodzajowe z podręcznika do savoir-vivre’u" - bez "do" brzmi lepiej
" Jakie veritaserum? Jesteś zbyt małą płotką..." - a po cóż to "zbyt małą"? Jak się o kimś mówi, że jest "płotką" (w przeciwieństwie do "grubej ryby"), to już wiadomo, że jest zupełnie nieważny. Czy można być mniej i bardziej nieważnym? Nie? No właśnie.
Rozdział 4:
"Jak ktokolwiek może pić to świństwo." - pytajnik zamiast kropki
"Mógłby jej wręczy diamenty albo szafiry..." - "wręczyć"
Rozdział 5:
"(...)poinformowała go, że później dostanie kawę albo herbatę, ale powinie wybrać herbatę, bo kawa śmierdzi." - "powinien"
Rozdział 6:
"(...)wychylił jeszcze jeden solidny łyk whiskey, które paliło go w przełyk i jednocześnie przerzedzało mgłę w umyśle." - whiskey ma rodzaj żeński, nie nijaki.
C)Widok z lotu ptaka 4/5
Jak na świat magiczny, to na razie mało było tej magii – ale w pewnym sensie jest to nawet plus tego opowiadania, nie jego główna atrakcja, a przyjemne urozmaicenie.
Świat przedstawiasz spójnie, bohaterów konsekwentnie, styl masz dobry. Brakuje jednak opisów otoczenia, ale o tym już wspominałam wcześniej. Co to ja jeszcze chciałam… A tak, czasem zdarza ci się „zagadywać” akcję – wprowadzasz przemyślenia/wspomnienia Vernera w akcję w taki sposób, że aż staje ona w miejscu – rozdział ostatni jest tego apogeum. Musisz znaleźć jakieś złoty środek pomiędzy monologiem wewnętrznym bohatera, a akcją. Nie mówię, że zanudzasz, co to, to nie, tylko musisz wszystko napisać tak, żeby taki czytelnik nie zapomniał, co się działo przed monologiem Vernera.
Szczerze mówiąc, miałam tu jakąś przemowę, ale przypadkowo wyciągnęłam kabel zasilania i połowa pracy poszła w cholerę…
…więc już nie mogę powtórzyć tego dokładnie – jeśli coś jest niejasne, pytaj, postaram się być bardziej szczegółowa w odpowiedzi na komentarz.
D) Ważne osobistości 5/5
Tutaj nie mogę się do niczego przyczepić – Verner jest mistrzem dostosowywania się do sytuacji – Ruth chce mrocznego faceta popijającego kawę ewentualnie gangstera, Verner nim jest; Greengrass chce mieć sprytnego złodziejaszka – Verner nim jest; Holly chce widzieć innego człowieka – Vernerowi włącza się coś, co można nazwać ojcowskimi uczuciami.
Drugi plan wykreowany całkiem nieźle, chociaż o Fredzie nie jestem jeszcze w stanie powiedzieć niczego konkretnego, ale to pewnie dlatego, że pojawił się tylko na chwilę.
Zabytki 9/10
Masz jedynie spis treści, linki i notkę o szablonie. Nie do końca wiem, co z tym fantem zrobić, ale jedyne, co uważałabym jeszcze za na swój sposób niezbędne, to notka o autorze, której zabrakło. Więc odejmę jeden punkt.
Ostatnie zdjęcie 5/5
Odwiedziny twojego bloga sprawiły mi po prostu przyjemność – przyjemnie się czyta twoją historię o Vernerze, świat przedstawiony jest interesujący, a i podobały mi się tytuły rozdziałów, rozdziały idealnie trzymały się narzuconego przez tytuł tematu. Więc daje maksimum punktów, w końcu mogę, prawda?

78/86 – piękne miasto w dzień, jak i wieczorem, czyli bardzo dobry.
Pani Marszałek pozdrawia i ucieka
Czas przygotować się do kolejnej potyczki z blogiem.

3 komentarze:

  1. Ojej, znów gifki. Ale nie marudzę, bo widzę, że mamy podobny gust, jeśli chodzi o kulturę popularną (czy, w przypadku Boardwalk Empire, nieco mniej popularną, bo nikt nie chce oglądać seriali o gangsterach, zupełnie nie rozumiem dlaczego), jak miło. Chociaż nie rozumiem dobrowolnego cytowania jedenastego Doktora, o mamo, tak mnie wkurzał, że nie mogłam przez szósty sezon przebrnąć. Ale do rzeczy.
    Belka jest absolutnie modyfikowalna - na mylogu obowiązuje najnormalniejszy na świecie kod html, więc co sobie obywatel wpisze, to obywatel ma. Ta obywatelka akurat ma taką ułańską fantazję, że niemal zawsze wpisuje adresy. Swoją drogą - w komciu do oceny occupy zapomniałam wspomnieć, ale toczenie wojny o tę belkę zalatuje lekką hipokryzją, bo Wasza belka również jest identyczna jak adres. Ja bym to w ramach konsekwencji zmieniła, jeśli mnie nudzi i razi, ale co ja tam wiem, słaby ze mnie kocioł tudzież garnek.
    Jeśli chodzi o Jamesa McAvoya - z ręką na sercu nie wiem, kto zacz. Znaczy jasne, wygooglałam, że aktor, ale na tym moja wiedza się kończy. Fotka była dramatyczna, więc uznałam, że okay, niech Vernera udaje, w końcu ktoś go udawać musi, a drugiej równie dramatycznej pewnie nie znajdę. Nie zmuszam, żeby utrzymywać w głowie obraz McAvoya, bo sama bym to tego zdolna nie była.
    Nad nierozmownością tekstury również ubolewam. Rozważam zachęcenie innych tekstur, żeby rzucały w nią płytami chodnikowymi, bo to ostatnio modne, ale póki co odmawiają.
    O, i chciałam jeszcze wspomnieć [swoją drogą - czemu blogspot ma limit słów w komentarzu? to mnie ogranicza, już poprzednio musiałam się skracać!], że Arnold jest specjalnym przypadkiem mrocznego sukinsyna i żaden z moich mrocznych sukinsynów nie aspirowałby do bycia tak czadowym. Numer z kulą bilardową z drugiego sezonu to klasyk. Z "Łowcami głów" natomiast miałam do czynienia już po napisaniu pierwszych bodajże dwóch rozdziałów, więc ewentualne wpływy są niezamierzone, chociaż przyznaję, że mogłabym garstkę czy dwie zaczerpnąć, bo w końcu niezły kawałek literatury, ale gdzież uczciwość! Także trzymałam łapki z daleka, ale skojarzenie mi niezwykle pochlebia.
    Podobało mi się, że odniosłaś się do każdego z rozdziałów osobno - ba, jakby opinie były jeszcze bardziej szczegółowe, to w ogóle byłabym w siódmym niebie, ale ja należę do tych masochistów intelektualnych, którzy chcą, żeby im wytykać każde zdanie, które trąca wypadnięciem z charakteru i inne takie, więc możemy to pominąć. Piąty rozdział był przecukrzony umyślnie, tzn. Verner ma męski odpowiednik takiego kobiecego 'o matko, jestem stara, wszyscy wokół mają dzieci, psy i domy, a ja umrę w samotności i po dwóch tygodniach znajdą mnie na wpół zjedzoną przez dwa owczarki alzackie' [bo czemu do intertekstów nie dorzucić jeszcze bridget jones]. Pewnie, że naiwne jak cholera, ale będzie wyjaśnione, rozwinięte i naprawione. A, co do Freda - Fred się pojawił już w prologu, ale ciiii, to tajemnica. O akcji szóstki się nie wypowiem, ale dodam, żeby komentarzem się nie sugerować, bo Lysia zawsze na akcję marudzi, tak już ma i za to ją trzeba kochać. Działo się dokładnie to, co dziać się powinno, a do tego miało to nieść pewien ładunek emocjonalny, a mi się nigdy ładunki emocjonalne z mordobiciem albo inną akcją nie zgrywają.
    O błędy się kłócić nie będę, mogę się przyznać i pokajać, bo mi się nie chce czytać, jak już napiszę. No tak mam, świnia jestem.
    Przykro mi, że przemowa w "widoku z lotu ptaka" gdzieś przepadła, bo ja lubię przemowy, zwłaszcza na swój temat i bym chętnie poczytała. Niestety, wszystko jest jasne, więc nie mam co pytać, bo ja świetnie wiem, że mam słowotoki [o mamo, nikt by nie zgadł] i zagaduję akcję. Z ciekawości - co jeszcze było w przemowieee? Serio, uwielbiam przemowy.
    O, wiem, mam jedno pytanie: mówisz, że niezbędna jest notka o autorze; dlaczego? Bo nigdy nie czułam potrzeby takich pisać, ale może to ze mną coś nie halo.
    Ogólnie uprzejmie dziękuję za poświęcony czas i interesujące uwagi/skojarzenia, chociaż Platona mi zabrakło, co mi serce łamie, ale co tam, pozbieram się :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Platon byłby, jakby mi się skojarzył, nie skojarzył się, wiec nie ma, tylko taki ultrapopularny Arnold. Może jakby Verner jeszcze bardziej filozofował, to jakiś klasyk by się znalazł, a tak to jedyny klasyk jaki mi się skojarzył to Arnoldowy numer z kulami.

      Co było w przemowie - jakiś fix na naprawienie słowotoku, ale w sumie po co, ja do naprawianie niezłego na lepsze wyrywna aż tak strasznie nie jestem - a może po prostu nie w tym przypadku, bo naprawiać świat to ja akurat lubię.

      Notka o autorze - jakieś takie niepisane prawo ocenialni, że na blogu być powinna. Może "niezbędna" to złe słowo, ale napisało się i poszło, też mi się drugi raz czytać nie chciało, wystarczyło mi, że mi pół skasowało.

      Ależ co do wypadnięcia z charakteru, to nie do mnie, wypadnięcia z narracji ci się raczej zdarzają, kiedy mówisz o Vernerowych kobietach, ale to już napisałam.

      Usuń
  2. A to nieładnie, że się nie skojarzył, bo triada w tytułach rozdziałów jak nic xd Później nawet będę przeprowadzać własny upadek demiurga, tak się rozpędziłam. Sam Verner się, broń Odynie, do filozofowania jednak nie garnie, jakby mu powiedzieć coś o Platonie, to jeszcze by pomylił z kebabem.

    Aha, w sumie coś na naprawę słowotoku to by mi się przydało, nie mówię, że nie, ale w fixy średnio wierzę (okay, mam na myśli głównie fixy knorra, ale umówmy się,m nic, co nazywa się fix, nie może działać, no po prostu to by łamało niepisane prawa marketnigu), także nie zmuszać do ujawnienia sugerowanej recepty.

    Kurczę, to ja jestem sto lat za afroamerykańską społecznością, by nie powiedzieć dosadniej, bo ani tego działu 'o mnie' nie popełniałam, ani punktów nigdym nie cięła, esz, nieładnie z mojej strony. I jasne, rozumiem, że się drugi raz czytać nie chciało, nikomu się nie chce (ale z nas leniwe społeczeństwo).

    Z narracji zdaję sobie sprawę, znaczy najpiękniejsze to popełniłam na początku sceny z greengrassem i nottem, ale ciii, jak nie widać, to może i dobrze. O tym, że za dużo sceny daję Ruth, wiem, ale, kurczę, lubię ją. A niech sobie dziewczyna pogada!

    Pozdrawiam,
    Sylv

    OdpowiedzUsuń