066.Ocena bloga Sowiecki szpieg


Nie będę się tłumaczyć, dlaczego tyle mi to zajęło. Nie ma sensu, żebym pisała tu pamiętnik z ostatniego miesiąca, więc starczyć musi informacja, że zwyczajnie nie miałam czasu. W końcu jednak udało mi się skończyć długo odkładaną ocenę bloga sowieckiego szpiega. Wyszedł trochę kwitek z pralni, ale bynajmniej nie wynikało to z mojej niechęci do wystawienia rzetelnej oceny. Po prostu... zresztą, sami zobaczcie :)

Sposób podania 10/10
Jak ja okropnie nie lubię tej części oceny. W zasadzie nie wiadomo, o czym mam tu pisać. Jest sobie adres, wyraźnie kojarzący się z (tadam!) sowieckimi szpiegami. Patrząc po tym, że na pierwszy rzut oka widać, że blog jest zbiorem różnych opowiadań, a nie powieścią w odcinkach, można by było bawić się w skojarzenia z zimną wojną i polowaniem na czarownice… tfu, szpiegów, po obu stronach konfliktu. Można, ale po co. Adres jest idealnym odwzorowaniem nicka autora, tytuł bloga brzmi „zapiski sowieckiego szpiega” i jak dla mnie, całość mówi sama za siebie.

Tygrysek w szablonie jest ładny i miło patrzy na czytacza, niewiele ma wspólnego z sowietami, czy ze szpiegami (chyba że mamy tu do czynienia z kolejnym sprytnym planem Stirlitza), ale ciężko dobrać szablon pasujący tematem do kilku opowiadań, z których każde jest o czym innym. Nie widzę nic, do czego mogłabym się przyczepić.

Wygląd filiżanki 15/15
Szablonik z szabloniarni, ładnie podlinkowanej w menu, jak wcześniej pisałam, całkiem niebrzydki. W szabloniku dwa male błędy; rozjeżdza się nieco menu w części z katalogami, a licznik komentarzy ma białą czcionkę, dzięki czemu na jasnoszarym tle widoczny jest mniej więcej tak, jak trzy niedźwiedzie polarne na biegunie w czasie zamieci śnieżnej. Co jednak najważniejsze, jest zupełnie czytelny i nie męczy oczu, a głupio karać ocenianego za drobne wtopy szabloniarek.

Degustacja 76/80
a) Smak 29/30
Gold and diamonds
Bondy wszelakie to bardzo nie mój fandom, więc pozwól, że oszczędzę nam obu tej przykrości – sobie konieczności oglądania, Tobie mojej nieuzasadnionej złośliwości, gdy zaczęłabym się za tą konieczność odgrywać. Tak będzie lepiej.

Robercik (28/30)
Tekst napisany bardzo sprawnie warsztatowo, z dużym poczuciem humoru i zaskakującą puentą. Moim (skromnym, ale zawsze) zdaniem zupełnie wydawalny – szkoda, że wrzuciłaś go do sieci, zamiast spróbować opublikować w jakimś czasopiśmie. Podoba mi się wszystko: zgrabnie poprowadzona fabuła, lekkie pióro, bardzo dobra i wyrazista kreacja bohaterów. Co jest nie tak: ponieważ akcja dzieje się w Stanach, fajnie by było, gdybyś zachowała jakąś konsekwencję w imionach: Robercik brzmi ładnie, ale z drugiej strony, osoba anglojęzyczna zdrabniałaby go raczej do „Bobby’ego”. Skoro obracamy się w kręgu kultury anglosaskiej, postaci mogłyby konsekwentnie nazywać się po angielsku. Podobnie „Kostrzew” – jest wprawdzie zielsko, o wdzięcznej nazwie „kostrzewa”, ale jest to „kostrzewa” w rodzaju żeńskim. Ciężko by było nawet uznać to za tłumaczenie tytułu, biorąc pod uwagę, że w angielskim tego typu subtelności językowe nie istnieją.

PS: Mam taki brzydki zwyczaj, że wszystkie teksty które piszę i całą masę tekstów, które czytam, podrzucam swojemu Tajemniczemu Konsultantowi (TK;)) i o nich dyskutujemy. Twój blog też padł tego ofiarą i w czasie rozmowy TK podrzucił parę uwag, z którymi nie do końca się zgadzam, ale które mogą być dla Ciebie wartościowe.

Przede wszystkim, mój TK marudził okropnie na „Robercika” i kwestię, którą poruszyłam wcześniej. Drugim problemem, którego nie mógł przeskoczyć, była kwestia oderwania narratora od rzeczywistości. Nie wydaje mu się wiarygodnym, żeby pisarz i wykładowca literatury współczesnej przez dwa lata, pozostając ze studentem w bliskich relacjach, nie zauważył choćby zbieżności nazwisk między nim, a szanowanym krytykiem literackim. Sama, czytając ten tekst, odebrałam to jako sytuację, w której narrator jest tak zapatrzony w siebie i swoją powieść, że umyka mu wszystko, co nie jest z nią bezpośrednio związane – ale nie zmienia to faktu, że taki przypadek byłby naprawdę ekstremalny i może być przez część czytelników uznany za kompletnie niewiarygodny.

Trzecią kwestią, która mu przeszkadzała, było nierówne tempo opowieści: mamy rozbudowany wstęp (zgodnie stwierdziliśmy, że naprawdę ładny), dość dobrze wyważone rozwinięcie akcji, po czym dostajemy puentę, krótką i zgodnie z opinią TK „niesatysfakcjonującą”. O ile ja się z tym nie jestem w stanie zgodzić, nie zaszkodziłoby, gdybyś przyjrzała się problemowi – najlepiej zasięgając rady jeszcze kilku rozgarniętych osób.

Nibybeta (niby, bo króciutka):

„półtorej roku później” – półtora roku, rok jest rodzaju męskiego.

„Poza tym był dość nijaki – moje pierwsze przypuszczenia, że nie jest zbyt bystry szybko się potwierdziły, często omawiałem z nim poszczególne wątki „Kostrzewa” po to, aby wiedzieć, czego na pewno nie pisać.” - Należałoby rozbić na dwa zdania; znacznie zwiększyłoby to czytelność tekstu, miałoby też większy sens z logicznego punktu widzenia.

„Studiował już od dwudziestu lat, zawsze wykładając się najwyżej na czwartym roku, widocznie był stworzeniem niezbyt bystrym, za to upartym.”– Do rozbicia na dwa zdania. Jak poprzednio, na piramidalnym zdaniu cierpi czytelność i styl tekstu.

„Był to ostatni wykład, na którym pojawił się Robercik, a ja z jakiegoś powodu o nie pytałem.” – Zgubione ‘to’, albo za dużo o „o”.

„Jego narodziny zbiegały się z publikacją mojej drugiej powieści, i, szczerze powiedziawszy, tworzenie "Kostrzewa" przeżywałem bardziej niż płodzenie syna” - wild commas dancing!


Rozjedź wszystkie kury(29/30)
Cóż, jak i poprzednio, tekst wygląda dobrze. Historia poprowadzona zgrabnie i z sensem, postacie skonstruowane poprawnie i przekonująco – ciężko mi się za bardzo do czegokolwiek przyczepić, poza kilkoma drobnymi błędami stylistycznymi i interpunkcyjnymi. Ciężko mi napisać coś więcej – w końcu dobre ;)

Punkt odejmuję tylko i wyłącznie za to, że sposób poprowadzenia narracji nie pozwalał mi się wczuć w przeżycia głównego bohatera – ale ponieważ mówimy tu o pewnego rodzaju „chemii”, która albo wykształca się między tekstem a czytelnikiem, albo nie i jest kwestią wysoce subiektywną, punkt leci tylko dla mojego spokoju ducha. Idealnie nie jest, ale zupełnie w porządku.

Nibybeta:

„Robert, zwłaszcza pod względem wnoszenia czegokolwiek, był zdecydowanie niedysponowany” – wtrącenie, brakujące przecinki. 

„Zapewne bardzo podobała mu się koncepcja betonowych podjazdów, ponieważ jeden prowadził do garażu, kolejny pod same, pozbawione progu, drzwi wejściowe, jeszcze jedna goła ścieżka otaczała cały dom.” – powtórzenie, zagubiony przecinek

"Wiedział, że rozckliwianie się nad swoim kalectwem prawdopodobnie mu nie pomoże, ale żadne argumenty nie sprawiały, że próbował o tym zapomnieć, zwykle więc był nieobecny i skupiony głównie na tym, co czuje w miejscu, gdzie jego pośladki stykały się z siedzeniem wózka." – Zdanie zupełnie kalekie. Najbardziej przeszkadza „żadne argumenty nie sprawiały, że próbował o tym zapomnieć, zwykle więc był nieobecny i skupiony”, brzmi po prostu koszmarnie niezgrabnie. Należałoby się mu przyjrzeć i przeredagować.

"Zawsze, gdy coś poczuł łudził się, że to wraca mu władza w nogach, a jego przetrącony przez pijanego skurwysyna kręgosłup nagle powróci z trzaskiem do dawnego stanu, wbrew wszystkim rokowaniom konowałów." –Prawdopodobnie brak „to” w pierwszym zdaniu podrzędnym bardzo by pomógł całości. Dodatkowo zdanie, jak często Ci się zdarza jest zbyt rozbudowane, przez co źle się czyta.

"Nic takiego jednak nie wydarzało się i teraz też nie był ten moment." – „się nie wydarzało”, próbuj czytać swoje teksty na głos. Taki drobiazg, brzydko przestawia akcenty i sprawia, że zdanie brzmi karkołomnie, mimo względnej poprawności. Ogólnie, dobrym zwyczajem jest unikanie krótkich wyrazów, zwłaszcza „się” na końcu zdania – również, gdy mówimy o jednym ze zdań składowych zdania złożonego. Druga część też brzmi dość pokracznie. Na Twoim miejscu zastanowiłabym się nad możliwą redakcją.

„On również kojarzył się Robertowi z krańcowym PRL-em, zwrócił na niego uwagę jednak tylko na przyległą do niego dzwonnicę, z potężnym napędzanym liną dzwonem.” – wyraźnie czegoś brakuje

„Z bliska kościół wydawał się jeszcze brzydki i tandetny,” – j.w.

„To było to samo spojrzenie, niepokojąco płonące, wyczekujące na coś, czego on nie potrafił wskazać, nie potrafił dać.” - niepokojąco niezgrabne. Źle brzmią te dwa imiesłowy zestawione ze sobą, do tego zlepek „niepokojąco płonące, wyczekujące” składa się z wyrazów o bardzo podobnym brzmieniu, co gorsza imiesłowy się rymują. Jakby tego było mało, wydaje mi się, że bardziej adekwatnym zwrotem byłoby tu „takie samo”, zamiast „to samo”. Ksiądz raczej nie pożyczył spojrzenia od Eryka ;)

„Jeśli ktoś będąc na skraju przepaści, wątpi że dając krok naprzód czeka go upadek, spotka go śmierć.” –WUT? To zdanie nie ma sensu - chyba, że bardzo starannie ukryty.

Trupy rowne (30/30)
Ładna miniaturka, i jak w przypadku „Rozjedź…” ciężko mi powiedzieć coś więcej. Całkiem nieźle zrealizowane przedstawienie wojny dziecięcymi oczami, co samo w sobie jest dość trudnym zadaniem, z którym nie każdy potrafi sobie poradzić. Jedyne, ale to absolutnie jedyne, co mi się nie podobało, to określenie „rozogniskowany wzrok”. Rozumiem, co miało to oznaczać… Ale sformułowanie brzmi dość karkołomnie.

Dziura (29/30)
Opowiadanie wygląda dobrze, po poprzednich przeczytanych mogę podejrzewać, że ciąg dalszy mu dorówna. Mam braki w kanonie, więc ciężko mi coś powiedzieć na temat zgodności z nim, ale nic mnie w oczy nie kłuje – przynajmniej na poziomie, na którym jestem w stanie się wypowiedzieć. Zawiązanie akcji jest interesujące, pojawia się kilka tekstów, które mnie szczerze rozbawiły – i to w tym dobrym sensie. Jedyna kwestia, do której mam zastrzeżenie, to moment, gdy Scarlett osłania się przy zderzeniu ze ścianą. Piszesz, że „zasłoniła brzuch” i poczuła ulgę, że „uderzyła tylko głową i bokiem”. Prawdę mówiąc, ani to nie brzmi jak trzeźwe myślenie – uderzenie w głowę nie jest raczej czymś, co powinno wywoływać entuzjazm, ani jak zdrowy odruch: wydaje mi się, że pierwszą reakcją przy locie na płaską, twardą powierzchnię powinno być osłonięcie głowy – nie mówiąc już o tym, że akurat jednoczesne zasłonięcie głowy i brzucha nie powinno być trudne. Obie części ciała zawierają organy witalne do przeżycia, a przy uderzeniu w gładką, ołowianą ścianę prawdopodobieństwo poważnego uszkodzenia głowy zdaje się być wyższe, niż uszkodzenia brzucha.

Potwór Frankensteina(28/30)
Smutno mi. Smutno mi, bo właściwie nie mam o czym pisać. Powoli zaczynam rozumieć pęd niektórych oceniających do streszczania ocenianych tekstów, ale będę ponad to. Kolejny dobry tekst – i jak „Dziura” była ciekawa i zabawna, tak „Potwór Frankensteina” jest naprawdę poruszający. Generalnie, z Twoich, ocenionych przeze mnie dotychczas opowiadań, te o Scarlett najbardziej przypadły mi do gustu.

Dwie rzeczy, które mi w nim trochę zgrzytają: po pierwsze, nie widzę związku początku tekstu z właściwą treścią opowiadania – cały ten fragment o bezsenności wygląda, jakby zaplątał się przez przypadek z zupełnie innej historii. Nie to, że jest zły, ale nie znajduje żadnej kontynuacji w dalszym ciągu opowieści, i sugeruje zupełnie inne rozwiązanie fabuły. Drugi problem jest zupełnie malutki: zaplątany gdzieś niepotrzebnie spójnik „iż”. Niby nie błąd, niby „iż” funkcjonuje w literackiej polszczyźnie… Niby, niby, niby. Ale brzmi koszmarnie pretensjonalnie, zabija naturalność języka i co wrażliwsze językowo osoby potrafi boleśnie kłuć w oczy. To opowiadanie doskonale by się bez niego obyło.

Wiara

No, ładnie. Parę niezgrabności, jakaś literówka, a zgodnie z jedną z etykiet „fabuła się wzięła i wyszła”. Zgrabna miniaturka, ani ziębi, ani grzeje. Mam nadzieję, że wybaczysz mi w takim razie brak oceny treści – nie widzę sensu we wdawaniu się w dyskusje filozoficzne z Twoją bohaterką, bo nic by tak naprawdę z tego nie wynikało.

Nibybeta:

„Osiem lat wcześniej przestała wierzyć w powołanie, ponieważ ludzie, którzy wierzą w powołanie do rzeczy wielkich, zazwyczaj nie wierzą we żmudny proces wtłaczania do mózgu gigabajtów informacji” - brak przecinka

„…że ludzie sobie na to zasłużyli, głupi, bezustannie strzelający sobie we własne stopy gatunek”. – użyłabym innego znaku interpunkcyjnego; dwukropek albo półpauza.

„A najlepiej, aby przydarzyły się sąsiadowi, przynajmniej były powód do dawania spóźnionych dobrych rad” – literówka, jak sądzę.

"Trzy lata wcześniej przestała wierzyć w pieniądze, a wszyscy ludzie wierzą w pieniądze, w taki lub inny sposób, w większości nosząc swoje karty kredytowe niczym generatory niewidzialnej tarczy, sprawiającej iż nic złego nie może się im stać." – piętrowe i niezgrabne.

Kambodża (28/30)
Co mogę powiedzieć na temat tego tekstu? Chyba przede wszystkim to, że potrzebuje dalszych części. Sygnalizujesz (zarówno w zajawce, jak i w samym tekście), kilka wątków, które w ogóle w opowiadaniu nie istnieją; miała być zagadka i dwóch mężczyzn, jest romans z jednym, dość oszczędnie opisany. Wspomniani są kambodżańscy mutanci i absolutnie nic z tego nie wynika. Mogę mieć tylko nadzieję, że w ciągu dalszym wszystko to zostanie rozbudowane, bo jak na razie, ta historia nie spełnia oczekiwań, jakie stwarzają zarówno poboczne informacje, jak i cała reszta Twoich tekstów.

Znowu nie mówię, że jest źle. Mamy tu interesujące zawiązanie akcji, postaci są dobrze skonstruowane, całość wygląda bardzo w porządku. Jednak niewykorzystany potencjał stwarza pewien niedosyt – więc mam szczerą nadzieję, że w kolejnych częściach to nadrobisz.

Nibybeta:

„Po ulicach nie jeżdżą czołgi tylko dlatego, że nie ma ulic, przez całą Kambodżę przebiega tylko jedna linia kolejowa, po której kursuje jeden pociąg.” – Znowu oszczędzasz na kropkach. Tam by się na środku jedna przydała. Poza tym, mam pewne wątpliwości, co do szyku zdania. Dość niesprecyzowane, ale na Twoim miejscu troszkę bym się tym pobawiła.

„mówiąc o wciśniętych w surduty wanna be japiszonachmłody, przystojny i koszmarnie bogaty, a co więcej, bogaty w sposób jakby naturalny, gdyż jego przodkowe spali na pieniądzach już wtedy, gdy przodkowie Scarlett żyli za głodową pensję” – Po pierwsze, „wannabe” ;) Po drugie, gdy wymieniasz cechy „wannabe japiszona” lepszym znakiem interpunkcyjnym byłby dwukropek.

„miłej, czarnoskórej adwokat o imieniu Heidi” - brakujący przecinek przy wyliczaniu cech.

„Jednak dzwonił Ren, a jej relacje z Renem przez bite piętnaście lat opierały się na postawie „rzuć wszystko i leć, gdy cię zawołają, nie pytając o szczegóły”, i, co dziwne, ani on, ani ona z jakichś powodów uważali to postawę całkiem naturalną.” – „oboje”?

„Musi mieć naprawdę niezłą głowę do reklamy, skoro udało mu się zepsuć zepsute mleko jako kosmetyk.” – zepsuć zepsute?

„W tej właśnie chwili Scarlett wylała pół litra koszmarnie drogiego, azjatyckiego kefiru na jasną, rozświetloną cerę sobie na piersi.” – Szyk. I lepiej by tu chyba pasowało jednak „skórę”.

Cave me (30/30)
Wspominałam już, jak paskudnie mi się ocenia teksty, które mi się podobają? No właśnie. Kolejny dobry tekst, napisany z dużą wrażliwością i wyczuciem. Podoba mi się to, jak piszesz o trudnych problemach: zgrabnie, nienachalnie i refleksyjnie. Aż mi głupio tak Cię chwalić co chwilę ;)

Nibybeta:

„- Powinieneś przestać brać te cholerstwo.” – To cholerstwo.

b) Sposób zaparzenia 32/35
- ortografia 5/5
Błędów ortograficznych nie stwierdzono.

- zapis (np.: akapity) 5/5
Czytelnie.

- język (bogaty/przeciętny/pospolity) 5/5
Posługujesz się naprawdę ładnym językiem, różnicujesz go z wyczuciem w zależności od potrzeb. Co mogę powiedzieć więcej?

- styl – (ciekawy/przeciętny) 5/5
Naprawdę muszę rozwijać?

- dialogi – (zapis: poprawny/błędny; ciekawe/nudne, ew. bezsensowne) 5/5
Nie wprowadzasz zbyt wielu dialogów, ale to, co jest, napisane jest w sposób naturalny i wiarygodny. Nie ma bohaterów paplających bez sensu o rzeczach nieistotnych dla fabuły. Zapis, jak zwykle, poprawny.

- przecinki 4/5
Zdarzają się drobne wpadki interpunkcyjne, ale wciąż nie znalazłam ich zbyt wielu.

- inne błędy 3/5
Występują. Masz brzydką skłonność do produkowania zdań zbyt złożonych, na czym cierpi czytelność i rytm tekstu. Zdarza się, że kuleje szyk zdania. Czasem połykasz fragmenty zdań. Zdarzają się drobne błędy gramatyczne (mam wrażenie, że część z nich wywodzi się z regionalizmów - ale nie będę tu wnikała w zgadywanki odnośnie Twojego miejsca urodzenia i/lub zamieszkania ;)). A to, na co mogłam pomarudzić, już wymieniłam w nibybetach, więc chyba wszystko jasne.

c) Intensywność smaku 10/10
Smakowicie. Każdy z tych tekstów ma swój klimat, różny od innych. Bywa i śmiesznie, i refleksyjnie, i przygodowo. Wszystko podszyte zdrową dawką cynizmu i ironii, które, muszę przyznać, zdecydowanie podnoszą w moich oczach wartość tych opowiadań. Po prostu przyjemnie poczytać inteligentnie napisane teksty.

d) Pojedyncze listki 5/5
Bohaterowie przede wszystkim są prawdopodobni. Prezentujesz na swoim blogu gamę indywidualnych osobowości, nie papierowe marionetki. Mają wady i problemy, które kreatywnie wykorzystujesz, budując na ich bazie kolejne historie. Takie postacie są jedną z cech, które odróżniają opka na blogaskach od literatury.

Cukiernica 10/10
Żeby odfajkować: wszystkie potrzebne podstronki są. Mamy dwa słowa o autorze, mamy spamownik (ktoś pamięta jeszcze czasy, kiedy to się nazywało „księgą gości”?), są linki, są czytelnicy, zwykle zadowoleni z lektury. Na wielki plus muszę policzyć podstronę z listą opowiadań. Jest ważna – bez niej poruszanie się po blogu byłoby trudne – jest bardzo ładnie zrobiona i w ogóle och i ach.

Do tego szalenie podobają mi się tagi notek. Same w sobie są całkiem przyjemną i wymowną lekturą. 

Aromat 5/5
Poruszasz trudne tematy i wychodzisz z tego obronną ręką. Teksty są niegłupie, bohaterowie są żywi. Do tego, mimo tego, że każda z tych historii wyraźnie różni się od innych, we wszystkich czuć Twój charakterystyczny styl. Do tego, mimo że próba ocenienia Twoich opowiadań była dla mnie prawdziwą drogą przez mękę, to samo ich czytanie było autentyczną przyjemnością.

Jeszcze tu wrócę.


116  – najlepsza na wszystko, biała herbata, czyli celujący (który wystawiam z najwyższą przyjemnością)

2 komentarze:

  1. Przede wszystkim dziękuję za ocenę. Owszem, jest dość krótka, ale jak tak patrzę na swoje opowiadania, to sama bym chyba więcej nie wymyśliła. Z komentowania na bieżąco:

    - tygrysek jest w szablonie, bo mi się po prostu podobał, a jako że to zbiór opowiadań bez wyraźnej tematyki, wzięłam taki szablon, jaki mi pierwszy wpadł w oko

    - uff, nie ma omówienia jajoja wszech czasów :)

    - (o Roberciku)Moim (skromnym, ale zawsze) zdaniem zupełnie wydawalny – szkoda, że wrzuciłaś go do sieci, zamiast spróbować opublikować w jakimś czasopiśmie. - to akurat był tekst konkursowy (II miejsce) i już wcześniej był publikowany w sieci w ramach przeglądu prac, więc i tak nie mogłam go nigdzie wysłać.

    - Co jest nie tak: ponieważ akcja dzieje się w Stanach, fajnie by było, gdybyś zachowała jakąś konsekwencję w imionach: Robercik brzmi ładnie, ale z drugiej strony, osoba anglojęzyczna zdrabniałaby go raczej do „Bobby’ego”. - myślałam nad tym, ale w końcu uznałam, że w wersji angielskiej zdrobnienie zatraca swój lekko pogardliwy, wyższościowy ton (a Harvey jest naprawdę wielkim dupkiem i Robercika traktuje mocno z góry).

    - Podobnie „Kostrzew” – jest wprawdzie zielsko, o wdzięcznej nazwie „kostrzewa”, ale jest to „kostrzewa” w rodzaju żeńskim. - a tu muszę się, niestety, przyznać do naprawdę durnego błędu. Ja autentycznie byłam przekonana, że istnieje ten kostrzew, a nie ta kostrzewa... Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że przekonanie to zaszczepił u mnie doktor botaniki, który właśnie tak to słowo odmieniał.

    Przede wszystkim, mój TK marudził okropnie na „Robercika” i kwestię, którą poruszyłam wcześniej. Drugim problemem, którego nie mógł przeskoczyć, była kwestia oderwania narratora od rzeczywistości. Nie wydaje mu się wiarygodnym, żeby pisarz i wykładowca literatury współczesnej przez dwa lata, pozostając ze studentem w bliskich relacjach, nie zauważył choćby zbieżności nazwisk między nim, a szanowanym krytykiem literackim. Sama, czytając ten tekst, odebrałam to jako sytuację, w której narrator jest tak zapatrzony w siebie i swoją powieść, że umyka mu wszystko, co nie jest z nią bezpośrednio związane – ale nie zmienia to faktu, że taki przypadek byłby naprawdę ekstremalny i może być przez część czytelników uznany za kompletnie niewiarygodny. - Prawda, to było koszmarnie naciągane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Trupy rowne) Jedyne, ale to absolutnie jedyne, co mi się nie podobało, to określenie „rozogniskowany wzrok”. Rozumiem, co miało to oznaczać… Ale sformułowanie brzmi dość karkołomnie. - jesteś chyba trzecią osobą, która na to zwraca uwagę... a mi, niestety, to wyrażenie brzmi dobrze. Może jednak coś z nim jest nie tak, skoro wszyscy na to psioczą :)

      - Jedyna kwestia, do której mam zastrzeżenie, to moment, gdy Scarlett osłania się przy zderzeniu ze ścianą. Piszesz, że „zasłoniła brzuch” i poczuła ulgę, że „uderzyła tylko głową i bokiem”. Prawdę mówiąc, ani to nie brzmi jak trzeźwe myślenie – uderzenie w głowę nie jest raczej czymś, co powinno wywoływać entuzjazm, ani jak zdrowy odruch: wydaje mi się, że pierwszą reakcją przy locie na płaską, twardą powierzchnię powinno być osłonięcie głowy – nie mówiąc już o tym, że akurat jednoczesne zasłonięcie głowy i brzucha nie powinno być trudne. Obie części ciała zawierają organy witalne do przeżycia, a przy uderzeniu w gładką, ołowianą ścianę prawdopodobieństwo poważnego uszkodzenia głowy zdaje się być wyższe, niż uszkodzenia brzucha. - to akurat nie jest błąd, tylko kwestia niedopowiedzenia. W pierwszej części opowiadania nic o tym nie ma (miało być później), ale w każdym razie - Scarlett była w ciąży.

      - Drugi problem jest zupełnie malutki: zaplątany gdzieś niepotrzebnie spójnik „iż”. Niby nie błąd, niby „iż” funkcjonuje w literackiej polszczyźnie… Niby, niby, niby. Ale brzmi koszmarnie pretensjonalnie, zabija naturalność języka i co wrażliwsze językowo osoby potrafi boleśnie kłuć w oczy. - to akurat moja koszmarna maniera, której próbuję unikać, a mianowicie: jeżeli w zdaniu złożonym byłabym zmuszona powtórzyć "że" dwa razy, drugie "że" zamieniam na "iż". Taki nawyk z czasów "walnij coś zupełnie bez sensu, byleby nie było powtórzeń, bo powtórzenia to zło".

      - Masz brzydką skłonność do produkowania zdań zbyt złożonych, na czym cierpi czytelność i rytm tekstu. - Walczę z tym od lat. I przegrywam.

      - Zdarzają się drobne błędy gramatyczne (mam wrażenie, że część z nich wywodzi się z regionalizmów - ale nie będę tu wnikała w zgadywanki odnośnie Twojego miejsca urodzenia i/lub zamieszkania ;)). - obawiam się, że niestety nie. Według wszystkich możliwych specjalistów mam coś w rodzaju gramatycznego odpowiednika dysleksji i przebłyski tego po prostu widać. W tekście pisanym mniej, gdy mówię notorycznie używam złych form gramatycznych...

      I w zasadzie tyle. Jak pisałam - dziękuję za ocenę :)

      Usuń