095.Ocena bloga Bez sarkazmu


Zapraszam, lysiu.

Wrażenie ogóle 9/10
Blog Twój długo wałęsał się po kolejkach oceniających, po wolnej kolejce, a potem także po mojej. Czekasz już tak długo, że moje uszy palą ze wstydu, no ale o tym nie tutaj. Wielokrotnie przed oceną zdarzało mi się w przelocie bywać na Twoim blogu i przyznam szczerze, że trochę bałam się jego oceny. Zionie od niego minimalizmem, a wiem z własnego doświadczenia, że takie są najbardziej niepozorne i ich autorzy okazują się bardzo związani ze swoimi tworami, wbrew pozorom. Adres bloga bez sarkazmu nic mi nie mówił i w sumie nie mówi dalej. Do tej pory nie wiem, jaki to właściwie ma związek z całą historią, cieszę się jednak, że jest po polsku, ale bez polskich znaków diakrytycznych, co w adresie wygląda co najmniej nieestetycznie. Trochę przestraszyłam się Myloga, bo jest dość specyficzny. Dalej, tytuł na belce le temps de roses., co po francusku oznacza czas róż. Nie czepiam się małych liter, wiem, że niektórzy autorzy po prostu taki mają styl i tego się trzymają, ale skoro nie zaczynasz wielką literą, zrezygnowałabym też z kropki. Cytat na nagłówku Je te propose de retrouver le temps des roses tłumacz przetłumaczył mi jako Proponuję znaleźć czas na róże. Ciężko mi ocenić, ile w tym prawdy, bo francuski jest dla mnie czarną magią. Od początku uczę się niemieckiego. W każdym razie podoba mi się ta spójność tytułu i cytatu, choć wciąż nie do końca rozumiem, jaki to wszystko ma związek z historią. Róże mogę jeszcze zrozumieć, w przeciwieństwie do sarkazmu. No i szablon... dokładniej o nim za moment, a teraz jedynie napomnę, że choć jest minimalistyczny, wygląda estetycznie i dość zachęcająco, z drugiej strony ani trochę nie nakierowuje na tematykę opowiadania. Być może dlatego do ostatniej chwili nie wiedziałam, z czym mam do czynienia. A raczej nie wiedziałabym, gdyby nie Twoje zgłoszenie. Niemniej pierwsze wrażenie wywarłaś bardzo dobre, mimo tego, że zaczynałam czytać dość przestraszona!

Wygląd 14/15
Nie będę się rozpisywać na temat wyglądu, bo Mylog ma to do siebie, z tego co już zdążyłam zauważyć, że jest dość specyficzny w kwestii szablonów. Mimo to jest całkiem dobrze, pomysłowo i klimatycznie. Czarne, uniwersalne tło pasuje właściwie do wszystkiego. Z jasnym, ładnie wtopionym nagłówkiem i dopasowanym napisem prezentuje się bardzo dobrze, nawet jeśli przestrzeń po lewej stronie wydaje się pusta. To dodaje całości minimalizmu i nie rozprasza podczas czytania. Czcionka prosta i jasna, czytelna, co najważniejsze. Kluczowe elementy tekstu są żółte, co jest miłym urozmaiceniem dla oka. Ogółem - prostota, prostota i jeszcze raz prostota. Ale nieźle się zdziwiłam za pierwszym razem, kiedy szukałam menu. Chociaż od razu bezwiednie skierowałam się w stronę nagłówka i jakoś tak z głupa wcisnęłam w napis. Do tej pory z głupa w niego wciskam, kiedy chcę coś znaleźć! Może niektórzy skrytykowaliby Cię za udziwnianie, za niezrozumiałość i komplikowanie życia. Ale to, według mnie, ciekawy zabieg, z pewnością oryginalny i dodający całości trochę pazurka.

Treść 74/80
a)                      Ogólna kompozycja 26/30
Trochę o wszystkim…
Czuję, że tutaj będę się mogła rozpisać, bo mówić o Twoim opowiadaniu można bardzo dużo. Niektóre rzeczy zapewne się powtórzą, jako że pomysłowość i bohaterowie są oceniani osobno, ale nie omieszkam wspomnieć o nich także tutaj. Ogólne podsumowanie tekstu to ostatni element oceny, choć mogłoby się wydawać zupełnie inaczej. Ale do rzeczy – piszesz rzadko, kiedy masz czas i ochotę, o czym wspominałaś w zgłoszeniu. To wygodne, ale łatwo w ten sposób zgubić wielu czytelników. Coś o tym wiem, hih hih. Dlatego nie czepiam się, bo liczy się to, że piszesz, kiedy masz wenę, nie z przymusu, a wiadomo, że to zawsze daje lepsze efekty. Długość notek jest niemal taka sama – cztery strony w Wordzie. Niby można poczytać, ale jak na to, że publikujesz tak rzadko, to dość niewielka ilość tekstu. Nie zawierasz też w rozdziale zbyt wielu wątków, a akcja zazwyczaj ogranicza się do jednego, dwóch. Tutaj mogłabym mieć trochę zastrzeżenia, ale chyba na tym się kończą. Piszesz bardzo, bardzo poprawnie, a pojedyncze błędy, które Ci się zdarzyły, a które udało mi się wyłapać, są raczej wynikiem nieuwagi, nie niewiedzy albo niedbalstwa. To według mnie ogromny plus, bo nawet najlepsze opowiadanie traci na wartości, kiedy nie jest napisane starannie i w zgodzie z językiem. Przez całe dziesięć rozdziałów tworzyłaś klimat bardzo patetyczny i ciężki, i powiem Ci, że gdyby Twoje opowiadanie kwalifikowało się do wystawiania na scenie albo do ekranizacji, pewnie trafiłoby na listę tych zakazanych, bo baliby się, że wzrośnie odsetek samobójstw i depresji. Na szczęście ja taki klimat lubię i jeszcze żyję, a Ty piszesz opowiadanie i tragiczne wydarzenia z okresu wojennego rekompensujesz swoim obrazowym i prostym stylem. Narracja pierwszoosobowa wychodzi Ci świetnie i nie mogę sobie wyobrazić innej. Potrafisz pisać tak, że myśli Luny wyglądają jak myśli normalnego człowieka – są chaotyczne, czasem lubią uciekać w przyszłość albo w przeszłość. Wszystko trzyma się kupy: fabuła, bohaterowie, wydarzenia… no może nie licząc Twoich drobnych fantazji, jak lodówka na przykład, no ale kto Ci zabroni…? Pomysł na opowiadanie masz świetny, przemyślany. I tak naprawdę nie czułam się, jakbym czytała romans, ale jakbym oglądała tragedię dziewczyny, która chciała tylko być szczęśliwa, która chciała mieć wokół siebie ludzi, którzy ją kochają. Wątki miłosny i wojenny zostały płynnie i subtelnie wplecione w fabułę, dodając jej jeszcze więcej tragizmu, bo przecież od przybytku głowa nie boli! Nie ma u Ciebie zbyt wielu dialogów, ale za to nadrabiają jakością. Momentami brakowało może opisów wyglądu postaci, może trochę także wyglądu otoczenia, choć w mniejszym stopniu, ale wszystkie inne naprawdę niezwykłe. Uczucia, myśli i emocje, reakcje ciała – czyli to, czym wszyscy jesteśmy – to jedna z najwspanialszych stron Twojej narracji. O bohaterach wspomnę tylko tyle, że są naprawdę ciekawi i realistyczni, stanowią bardzo ważny element świata przedstawionego, dominujący powiedziałabym. Kreowanie ich wychodzi Ci bardzo dobrze, ale o tym za chwilę. Cóż jeszcze mogłabym tu powiedzieć… Nie brak Ci oryginalności, nie brak pomysłów, no i przesz pod prąd, zaczynając wszystko od końca… Ja mogę Ci jedynie pogratulować pomysłu i życzyć, żebyś dotrwała do końca i czerpała z tej historii dumę i satysfakcję, bo widać, jak ważna jest dla Ciebie.
...i trochę mojej subiektywnej oceny dramatycznego życia Luny.
00
Nie miałam pojęcia, o czym będzie opowiadanie, kiedy zaczęłam je czytać. Właściwie w ogóle nie wiedziałam, czy to opowiadanie, czy może luźne pamiętnikowe zapiski. Ale szybko odnalazłam się w temacie. Mój organizm bronił się przed tym chwilę, bo potterowski kanon jest mi obcy. Ale tylko chwilę, bo bez reszty pochłonął mnie Twój styl pisania, ta ciężkość, ten tragizm. Ciekawa forma prologu, choć zapewne spora rzesza oceniających skrytykowałaby go za to, że poniekąd odsłania już na wstępie tragedię głównej bohaterki. Mimo to podoba mi się on, jest oryginalny i pomysłowy, liczne powtórzenia dodają mu chaosu i naturalności. Ucieszyła mnie też poprawność, bo w całym rozdziale wyłapałam jedynie kilka niedopatrzeń, a wiadomo, że inaczej patrzy się na takie zadbane opowiadanie, nawet jeśli nie do końca zna się potterowską terminologię.
„Widzę siebie w swoim dormitorium w Hogwarcie, żółto-czarne niebo nad swoją głową, bo oto leżę na swoim łóżku w dokładnie po środku pokoju”.
„Próbowałam pytać, ale panowie nie odpowiadali, milczeli i trzymali różdżki w pogotowiu, tak, jakby ojciec mój zaryzykowałby cokolwiek w obecności ukochanej córki.”
„Nawet jeśli brzmi to ukrutnie, marzę, by świat zostawił mi chociaż jednego.”

01
W takich momentach odczuwam lekkie zażenowanie swoją niewiedzą, choć z drugiej strony dodaje mi ona sporo obiektywizmu – i tak oto trochę żałuję, że nie było powiedziane nic więcej o wyglądzie Evana niż kolor jego włosów i oczu, że nie wyjaśniłaś lepiej relacji Arbanddel – Rosier – Wilkes. Momentami nie wiedziałam, kto które kwestie mówi. Rozdział niekrótki, niedługi, skupiający się na rozmowie dziewczyny z… no właśnie… ze znienawidzonym chłopakiem, do którego ma słabość? I ten kot – już go lubię. Poza tym jest naprawdę ciekawie, błędów wciąż niewiele, wszystko wydaje się maksymalnie realistyczne i, dla takiego laika jak ja, nawet całkiem zrozumiałe. Podoba mi się to, że mimo tematyki opowiadania i tego wszechobecnego dramatyzmu, potrafisz rozjaśnić na moment sytuację chociażby takim prostym, dość śmiesznym, choć dla bohaterki pewnie i zawstydzającym, zbiegiem okoliczności, jak rudy kot i rudy Rosier. W każdym razie, mimo tych paru niewielkich mankamentów, potrafisz zaciekawić. Nawet bardzo.
„– Słucham? – usłyszałam w odpowiedzi, zupełnie niezrozumiałej zresztą, bo przecież mój kot od zawsze był rudy i jakoś tak…” - Usłyszałam
„Na chwilę odebrało mi do dech w piersiach, ale jak można zapomnieć o tym, że trzeba oddychać, że trzeba robić coś jeszcze poza patrzeniem?”

02
Naprawdę ciężko oceniać mi osobne rozdziały – każdy z nich wydaje się cząstką wspomnień dziewczyny, ale – mimo że ta chronologia gdzieś tam jest i czyha na nas za każdym słowem – kompletnie niezwiązaną z innymi, albo związaną bardzo leciutko, cienką niteczką. Tak jak potrafisz tworzyć dramatyzm, potrafisz też budzić w czytelniku inne uczucia – nie mniej nieszczególnie radosne. Rozmowa z Wilkesem – choć w gruncie rzeczy nie można tego chyba nazwać rozmową – naprawdę wzruszająca, ale poza swoim ciężarem niosąca też jakąś lekkość idącą za wylanymi w czyjeś ramię łzami. Leah taka tajemnicza, podobnie jak wątki, o których zaczynasz pisać, ale urywasz, bo to jeszcze nie ich czas. Wszystkie te zabiegi naprawdę mi się podobają, tworzą niepowtarzalny klimat. I wciąż moim jedynym zastrzeżeniem jest to, że bohaterów jest bardzo dużo, jak na dwa rozdziały i prolog, a o ich wyglądzie wiadomo naprawdę niewiele. Godna podziwu jest też przemiana, jaka zachodzi w dziewczynie – widać wyraźnie tę powolną ewolucję podejścia, co czyni Lunę uniwersalną – już nie taką potterowską, ale niemal zwykłą dziewczynę ze zwykłymi problemami.
„[…] że tymczasowo tylko zastąpiłam ją sobie Esterę i że Cyzia, ta Cyzia, też tamtej feralnej nocy straciła swojego ojca.”

03
Z rozdziału na rozdział czuję się naprawdę coraz bardziej obarczona tym smutkiem… rozdział był trudny – ta konfrontacja kiedyś i dzisiaj, Cyzi i Narcyzy, ta lekko muśnięta śmierć Estery, która powinna być tragedią, a mimo to została tak zręcznie wprowadzona jednym tylko zdaniem… prawda o ojcach, o przyjaźni, i ten pusty śmiech Luny… Muszę przyznać, że naprawdę jesteś moim mistrzem budowania napięcia i nic więcej w tym miejscu chyba nie powiem, bo i niezbyt wiem co. Zaparłaś mi dech w piersiach, tak więc muszę zaczerpnąć świeżego powietrza, żeby odgarnąć na bok tę grubą warstwę zalegającego patosu.

04
Rozdział czwarty o tyle pocieszny i słodki (ach, te świetnie dopasowane przymiotniki!), że poza druzgoczącymi, przygnębiającymi myślami Luny, opłakiwaniem przyjaciółki, strachem, nienawiścią, bezsilnością i okresami zobojętnienia, pojawiło się coś, co na tym etapie może albo uratować dziewczynę, albo przysporzyć jeszcze więcej kłopotów, choć oczywiście finał tej historii znamy już z prologu. Rosier wydaje się być prawdziwym dupkiem. I pewnie tak jest. Ale Luna, mimo to, marzy o nim skrycie, chociaż broni się przed tym i za każdym razem zdusza myśli idące w niewłaściwą stronę, pozostawiając nam coraz więcej niedopowiedzeń. Podobało mi się to, że odepchnęła go, kiedy po raz pierwszy ją pocałował. Podobała się mi ta psychologiczna walka z samą sobą. I jej wynik także mi się podobał, przyznaję, bo obudziło to we mnie wiarę, że ludzie jednak często kierują się bardziej sercem niż rozumem (gorzej, kiedy do trójkąta dochodzą jeszcze hormony). To pewnie niedobrze, ale czy tak nie jest piękniej? Ze strony technicznej świetnie, rzecz jasna. Narracja pierwszoosobowa w wykonaniu Twoim i Luny jest naprawdę zaskakująca i wciągająca. Mimo że po takiej ilości myśli i spostrzeżeń utrzymanych w depresyjnym klimacie można by sobie sprzedać kulkę, Wasz styl sprawia, że brnie się dalej, z ciekawością i niepewnością czekając na kolejną tragedię.
„Szukałam go roztargnionym wzorkiem, ale trudno było mi się skupić, […].”

05
Rozdział bardzo przyjemny, pojawiła się jakaś akcja, jakaś większa konfrontacja. Było dużo napięcia, dużo niecierpliwości. Porównanie Leah do drwala bardzo obrazowe i na miejscu, doceniłam je zwłaszcza pod koniec całego zajścia. Kanonu nie znam, jak już wspominałam. A po poprzednich wzmiankach o Leah nie tak ją sobie wyobrażałam, zupełnie nie tak. Wydawała się spokojna, nawet słodka. I być może taka też była, tego nie wiem, wiem za to, że jej drugie, okrutne i bezwzględne oblicze zaparło mi dech w piersi. Ale nie mogę tutaj powiedzieć wszystkiego o niej, bo też czym się zajmę w kolejnych podpunktach? Jeśli chodzi o Rosiera… ta sytuacja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że jest dupkiem, mimo wszystko. Mimo szlajania się razem, mimo wspólnie spędzanych z Luną chwil… a wystarczyło przecież jedynie iść na kompromis, bez stawania po którejkolwiek ze stron. W tym wszystkim najbardziej podobała mi się postawa Luny. Odważyła się podejść i powstrzymać Leah, a jednak chwilę później stała skamieniała ze strachu. Tak po prostu, po ludzku…
Zniknęli zanim zdążyłam odplątać swój język i wydusić choćby krótkie: to nie tak, jak myślisz.”

06
Już, już miałam krzyczeć, że coś nie tak, że rozdział skończył się niemal radośnie… ale jednym słowem zabiłaś cały optymizm i oczywistym było, że dramat Luny wraca. Mimo wszystko to dobrze, że zrobiłaś na chwilę odskocznię, że przez chwilę było niemal wesoło i beztrosko. Pod koniec dopiero, ale to już coś. Scena z Wilkesem miała w sobie coś wzruszającego, uroczego. Ale oczywiście nie była wolna od tragizmu. Wilkes, bezgranicznie oddany, lojalny i opiekuńczy, a jednocześnie skazany na trwanie w tym miłosnym trójkącie, bo po tym rozdziale tak można to chyba ująć.
„Nie wiem, ile czasu zajęło Wilkesowi przekonanie Rosiera, że cała ta scena była tylko fatalnym porozumieniem.” – nieporozumieniem?
„Potem jednak roześmiał się i pokręcił głową, i było po wszystkim, kryzys został zażegnany, wszystkie bestie pokonane, a spod bram odegnano Hanibala.” – myślę, że Hannibala; dotychczas nie spotkałam się z pisownią przez jedno n, choć oczywiście mogę się mylić
„[…] teraz chciałam mieć na kogoś narzekać.” – mieć na kogo
„[…] nie musiałam już skradać się po własnylim domu i nie musiałam już bać się słońca.”

07
Można się było domyślić, że dramatem Luny będzie powrót Evana. To na swój sposób niezwykłe, w jaki sposób chłopak potrafi manipulować ludźmi wokół siebie – zmieniać postawy z nonszalanckiego i aroganckiego dupka na poważnego i skupionego na rozmówcy… dupka wciąż. Dlaczego ta babcia dalej żyje? I czy to ta sama babcia? Nic już nie wiem, z jakiegoś powodu utrwaliło mi się, że nie żyje… Oj, Mukudori, może to Ty po prostu uśmiercić chcesz wszystkie babcie po kolei…?
 „Evan Rosier teleportował się z mojego salonu pozostawiając mnie sam na sam ze wszystkim, jak to miał w zwyczaju.”

08
Rozdział nawet nie dramatyczny, trochę smutny, ale bardziej zaskakujący, rozpoczynający kolejną tajemnicę, możliwe, że nigdy nierozwiązaną. Leah naprawdę potrafi zaciekawić, choć jednocześnie boleśnie uświadamia Lunie rzeczy, które ona sama już niemal sobie uświadomiła. Ale nie w takim wielkim stylu, jak się to stało w pociągu do Hogwartu.
„Spędziłam tyle czasu wyśmiewając te wszystkie plotkujące dzieci, podczas gdy…”

09
Jak większość rozdziałów z udziałem Evana, ten także bardzo mi się podobał. Naprawdę lubię te konfrontacje Arbanddel – Rosier, choć każda z nich tylko umacnia mnie w tej myśli, że chłopak nie zasłużył na Lunę, a ona bezmyślnie (chociaż serce nie sługa, z drugiej strony) pchała się w to, jak ćma podlatywała do samej żarówki, mimo tego, ile razy się sparzyła. No i denerwuje mnie brak Wilkesa… jest naprawdę wspaniałą postacią i żałuję, że nie mogę czytać o nim dłużej i dłużej…
 „Te notki odautorskie zawsze były pełne mojego marudzenia na to, że śmierdzi Zmierzchcem.”
„Chciałam powiedzieć, że ewoulowałam i ze względu na dużą zawartość przemocy domowej […].”

b)                      Sposób sadzenia 33/35
- ortografia 5/5
- zapis 5/5
zastanawiałam się, co począć z brakiem wcięć w akapitach, co dodałoby trochę estetyki, ale z drugiej strony zaburzyłoby to znacznie wygląd kolumny z tekstem, dlatego nie czepiam się, a akapity są przecież na miejscu
- język 5/5
nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do Twojego języka – jest na dobrym poziomie, w sam raz wpasowuje się w klimat opowiadania i naprawdę robi wrażenie, choć znowu nie jest nie wiadomo jak wyszukany
- styl 5/5
podobnie jak język, styl masz świetny: stosunkowo prosty, ale piszesz płynnie i lekko, umiejąc jednocześnie stworzyć tak ciężki i patetyczny nastrój, że naprawdę można się nabawić zaburzeń nastroju!
- dialogi 5/5
dialogi, choć ubogie, w większości zapisane poprawnie, naturalne i niewymuszone; za każdym razem, kiedy już dochodziło do rozmowy, na moment wstrzymywałam oddech
- przecinki 4/5
- inne błędy 4/5

c)                       Pomysłowość 10/10
·         Ogólny pomysł na opowiadanie 5/5
·         Pomysłowość autora 5/5
Za każdym razem zastanawiam się, jak podejść do oceny pomysłowości i z której strony zacząć nadgryzać… i nigdy nie dochodzę do żadnych konkretnych wniosków. Może w ten sposób, od samej podstawy, czyli od tematyki – blogów potterowskich jest ostatnio więcej niż grzybów po deszczu. Te, które zdarzało mi się spotkać, były w większości dziwnymi, tanimi romansidłami niemającymi pewnie nawet żadnych podstaw istnienia. Nie wiem, jak jest w tym przypadku, nie wiem, na ile Twoje opowiadanie zgadza się z kanonem, dlatego nie mogę tego ocenić. Jeśli jednak chodzi o sam sposób, w jaki prowadzisz tę historię, myślę, że nie można Ci nic zarzucić. To nic, że zaczęłaś od końca właściwie, zdradzając finał. Nie oznacza to wcale, że jestem mniej zaciekawiona. Sam sposób narracji, łącząc się z Twoim stylem i językiem, dodatkowo jeszcze wszystkie poszczególne wydarzenia, sposób, w jaki kreujesz bohaterów – to sprawia, że Twoje opowiadanie naprawdę jest ciekawe i zaskakujące, nawet dla kogoś mojego pokroju, kto nigdy kompletnie się tym nie interesował. No ale też z drugiej strony, czy Twój pomysł na opowiadanie mógłby być zły, skoro bez sarkazmu jest już właściwie Twoim chlebem powszednim i miało tyle odsłon? Jeśli zaś chodzi o poszczególne zwroty akcji – wydarzenia także były zaskakujące za każdym razem. I kiedy spodziewałam się, że coś się stanie, działo się zupełnie inaczej. Przykładowo, pierwszy pocałunek Luny i Evana. Domyślałam się, że do niego dojdzie, ale byłam niemal pewna, że dziewczyna go nie odepchnie. Zaskoczyła mnie jednak, dość miło. Potem widziałam ją już uciekającą krzakami, zdesperowaną nawet, a ona tymczasem jedynie chodziła nerwowo między ławkami. No i ostatecznie sama Evana pocałowała… Momentów takich było sporo, ale czytając tę historię, nie nudziłam się ani przez chwilę (mimo niewielu dialogów i obszernych, patetycznych opisów), co sprawia, że bezsprzecznie możesz być dumna i z siebie, i z opowiadania.

d)                      Pojedyncze kwiaty 5/5
Podobnie jak w ocenie treści, opiszę Twoich bohaterów ogólnie i nawiążę do każdego z osobna. Bohaterowie to z pewnością jedna z mocniejszych stron Twojego bloga. To nic, że nie są wymyśleni przez Ciebie, niemniej trudno jest kreować postać tak, żeby po pierwsze zgadzała się z kanonem (czego ja niestety nie sprawdzę), a po drugie była ciekawa i realistyczna, a przy tym jakoś… przypominała człowieka. Nie można Ci zarzucić braku żadnej z tych cech, swoimi spostrzeżeniami i jednocześnie przemyśleniami Luny kształtujesz bardzo spójny i kolorowy obraz, nadajesz każdemu z nich odrębną osobowość, inne cele i priorytety, inny poziom tolerancji. Wszyscy bohaterowie mają uczucia, mają własne zdanie, mniej lub bardziej cierpią, zmagają się z jakimiś problemami. To na pewno pozwala się z nimi utożsamić i w ogromnym stopniu to była ta cecha, która pozwoliła mi się wczytać w opowiadanie i cokolwiek zrozumieć, nawet jeśli nie do końca wiedziałam, kto był kim. Jak na 9 rozdziałów, bohaterów było sporo. Szczególnie na początku, bo czy wiedziałam wtedy, jaką rolę odegra taki Wilkes i czy jest wart zapamiętywania? I tak, do tej pory sprawdzam, jak się nazywa, bo nie mogę tego zapamiętać. To, co jeszcze odróżnia Twoje opowiadanie od innych, to fakt, że działania Twoich bohaterów są nie tyle racjonalne, co uzasadnione. Zagłębiasz się w ich psychikę i tłumaczysz, dlaczego robią to, co robią lub czemu nie robią tego, co być może powinni robić. To ogromna zaleta i wielki plus, według mnie.
Luna to nasza główna bohaterka. Mimo to daleko jej do blasku chwały, wydaje się raczej zwyczajna i przeciętna, bez oszałamiających zdolności magicznych. Dziewczyna z dobrego domu, choć w sytuacji, kiedy jej matka zostaje zamordowana przez jej babcię, babcia jest prawdopodobnie niespełna rozumu i ma słabość do alkoholu, a ojciec trafia do Azkabanu, jej pozycja traci znaczenie, bo zaczyna ją otaczać nienawiść i niezrozumienie, a ona sama staje się niemalże wrakiem człowieka. Zakochuje się w chłopaku z rodziny znienawidzonej przez jej ojca. Ma za to przyjaciela. Ale tu też jest pułapka, bo Wilkes, jak zrozumiałam, darzy ją uczuciem trochę większym. Evan okazuje się być sukinsynem, a nie miałam okazji dojść do momentu, w którym cokolwiek mogłoby go usprawiedliwić, o ile w ogóle taka chwila nastanie. Luna traci przyjaciółkę Esterę, popada w konflikt z Leah, zraża do siebie wszystkich wokół i ma wrodzony talent do wpadania w kłopoty… Powiem Ci, że jak się to wszystko podsumuje, to brzmi to jeszcze bardziej dramatycznie niż kiedy się czyta rozdział po rozdziale. Mimo to, Luna bezsprzecznie jest postacią, która budzi sympatię, z którą łatwo się utożsamić. Można jej współczuć, ale litość to nie jest uczucie, które wywołuje swoją obecnością. Jest niezwykle dołująca, choć potrafi podnieść na duchu. Szczerze, ona przebiła nawet Wertera, powinna stać się prekursorką nowego nurtu!
Rosier jest manipulatorem. To jest ta jego cecha, która wywarła na mnie największe wrażenie. Co by się nie stało, on zręcznie potrafi odwrócić kota ogonem i zrzucić winę na innych, najczęściej na Lunę. Umie też tak pokierować człowiekiem, że bez wysiłku dostaje to, czego chce. I w tej sytuacji nie wiadomo właściwie, czy powinno się to zaliczyć do pozytywów czy negatywów. Nienawidzi przegrywać, jest do granic możliwości dumny i zapatrzony w siebie, jego zaufanie do innych wydaje się mocno ograniczone, a on sam… no cóż, jest rudy i ma piękne, niebieskie oczy. Właściwie nie do końca rozumiem, dlaczego Luna wracała do niego wciąż i wciąż… popieram jak najbardziej, ale nie rozumiem! Bo poza tym, że Evan jest niezwykle czarujący, jest naprawdę beznadziejny!
Wilkes to postać, której stanowczo jest mi mało teraz, kiedy wiem, że już prędko nie zobaczę kolejnego rozdziału. Jest przyjacielem Luny z dzieciństwa, przyjacielem, w ramię którego można się wypłakać, do którego można iść po radę i kilka dobrych słów, który będzie wtedy, kiedy inni się odwrócą. I nie wiadomo teraz, czy to dlatego, że jest po prostu najlepszym przyjacielem na świecie, czy to raczej sprawka jego uczuć do Luny. On jednocześnie budzi we mnie współczucie i podziw. To okrutne, że tak długo był przy niej, a ona nie dostrzegała, co do niej czuje. I że nawet wtedy, kiedy się domyśliła, on właściwie zawsze był tym drugim, mimo że bardziej zasługiwał na jej uwagę. Mimo to, był jedną z tych osób, które trzymały ją przy życiu w tej całej tragedii i dlatego sądzę, że stał się moim ulubieńcem. Pasuje do tego całego tragizmu – i sugerowałabym, że jest idealną postacią do popełnienia samobójstwa, ale przecież nie mógłby tego zrobić. Myślę, że nie mógłby zostawić Luny bez względu na to, jak źle by nie było.
Leah – to bohaterka, o której w sumie niewiele mogę powiedzieć. Inne wrażenie sprawiała na początku, o czym wspominałam wcześniej, a okazała się szalona, okrutna i bezwzględna, a jednak zdolna do płaczu, a więc i odczuwania czegokolwiek. Bardzo ciekawa postać, choć w sumie na tym etapie nie mogę powiedzieć wiele więcej. Ciekawa jestem, jaka jest jej rola w wydarzeniach z udziałem Notta, no ale prędko się nie dowiem.
Bohaterów było jeszcze wielu – czuję, że powinnam wspomnieć o tych ważniejszych, jak Estera na przykład, jedna z przyjaciółek Luny, która stała się niewinną ofiarą wojny, jak Narcyza, która w tym wszystkim zatraciła siebie i radość życia, kierując się dobrem rodziny, jak rodzina Luny będąca początkiem pasma niepowodzeń i tragedii. A jednak nie wiem, co jeszcze mogłabym o nich powiedzieć, bo o wielu postaciach były jedynie wzmianki, co może i dobrze wpłynęło na zapamiętywanie bohaterów ważniejszych, choć te wydają się nie mniej ważnymi uczestnikami dramatu.


Zaplecze 10/10
W tym kryterium właściwie nie mam zbyt wiele do oceny – w napisie na nagłówku odnalazłam stronę główną, trochę informacji o historii, coś na kształt spisu treści i… i… sama nie wiem… Twoją mylogową nawigację, o! W sumie absolutne minimum, bo i strona główna jest niemal zupełnie pozbawiona dodatków, nie licząc oczywiście samej treści i informacji na dole strony. Całość jest jednak uporządkowana, zadbana i zdaje się przemyślana, dlatego nie mam żadnych zastrzeżeń.

Szczególne upodobania 5/5
Za ten patetyczny styl, za biednego Wilkesa, który tak mi przypadł do gustu, za masochistyczną naturę Luny, za Twoje zagłębianie się w psychologię, za świetnie wykreowanych bohaterów, przemyślaną, ciekawą fabułę, za Twoje przywiązanie do tej historii… Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, ale wystarczy chyba, jak powiem, że Twoje opowiadanie naprawdę zrobiło na mnie ogromne wrażenie!

Suma punktów: 112/120
Ocena: ładny, zadbany ogród, czyli bardzo dobry
Gratuluję i z przyjemnością umieszczę Cię w naszych polecanych, a tymczasem pozostaje mi tylko przeprosić za to, że tak długo musiałaś na ocenę czekać i przez kolejki tylu oceniających się przewinąć.

Pozdrawiam!

12 komentarzy:

  1. dziękuję za ocenę, z komentarzem uporam się jutro, bo mam dzisiaj drobne urwanie głowy :)
    lysia

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam, lysia
    Jeśli już, to lysiu.

    cieszę się jednak, że jest po polsku i bez polskich znaków, co wygląda co najmniej nieestetycznie.
    Aha.

    historią - róże mogę
    Dywiz nie pełni funkcji myślnika. Od tego są pauza i półpauza.

    choć jest minimalistyczny, wygląda estetycznie i dość zachęcająco, choć z drugiej strony ani trochę nie nakierowuje na tematykę opowiadania.
    Choćchoć. // (...) to z drugiej strony (...).

    najważniejsze. Ważniejsze
    Tag.

    jakoś tak z głupa wcisnęłam w napis.
    Tag.

    Coś o tym wiem, hih hih.
    Cała sala heheszka.

    cztery strony w wordzie.
    Brakuje wielkiej litery w nazwie własnej.

    Tutaj mogłabym mieć trochę zastrzeżenia, ale chyba na tym się kończą.
    Albo mogłabym mieć trochę zastrzeżeń, albo mogłabym mieć zastrzeżenia.

    Nie miałam pojęcia, o czym będzie opowiadanie, kiedy zaczęłam je czytać.
    No popatrz, a wcześniej napisałaś, że nie wiedziałabyś, gdybyś nie przeczytała zgłoszenia.

    potterowski kanon jest mi obcy
    Dlatego biorę się za ocenianie opowiadania z tego uniwersum. Tag.

    „Widzę siebie w swoim dormitorium w Hogwarcie, żółto czarne niebo nad swoją głową, bo oto leżę na swoim łóżku w dokładnie po środku pokoju.”
    Niepoprawnie cytujesz. Kropka powinna stać po znaku zamknięcia cudzysłowu, nie przed nim, nawet jeśli należy do cytowanego zdania.

    widać wyraźnie tą powolną ewolucję podejścia
    Tę.

    niemal zwykłą dziewczyną ze zwykłymi problemami.
    Dziewczynę.

    odgarnąć na bok tą grubą warstwę zalegającego patosu.
    Tę.

    Ale Luna jest jednak typową dziewczyną i zły chłopak to coś, o czym marzy
    A skąd ta bzdurka?

    „[…] w końcu siedziałam z nim na boisku o piątej nad ranem w tę zimną, wczesnomarcową noc […].” - tą
    Lolnope, było dobrze.

    Oj Mukudori
    Zabrakło przecinka.

    można się nabawić zaburzeń nastrojów!
    Nastroju raczej.

    ale czytając tę historię nie nudziłam się ani przez chwilę
    Przecinek przed nie.

    zręcznie potrafi wywinąć kota ogonem
    Wykręcić/odwrócić/wywrócić. Wywinąć to sobie orła możesz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Różnica jest taka, że zgłoszenie czytałam bardzo dawno, a ocenę pisałam w zeszłym tygodniu. Dopiero po kilku rozdziałach zaglądnęłam do zgłoszenia, a jak wspominałam w ocenie, podpunktów nie uzupełniam po kolei. Nie rozumiem odniesienia do hih hih. Widziałam dziwniejsze wstawki, to akurat moja indywidualna sprawa. Nie oceniałabym tego bloga, gdyby nie to, że żadna oceniająca nie podjęła się oceny bloga lysi, a czekała ona już bardzo długo. Czasem trzeba, nie jest to moje widzimisię. Ano ta bzdurka wynika wynika z tekstu i odnosi się oczywiście do Rosiera. A co do "tę" i "tą" nie we wszystkich przypadkach się zgodzę. W opowiadaniu owszem, w moich wypowiedziach niekoniecznie. W tekstach nieformalnych dopuszczalne jest "tą", o ile się nie mylę. Za resztę uwag dziękuję, poprawię, jak wrócę do domu i zapamiętam na przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za powtórzenia i literówki przepraszam, pisanie ma mydelniczce jest dość trudne.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Nope, jest dopuszczalne w mowie potocznej. Poza tym to nie tłumaczy poprawiania z dobrego na złe.

      Bzdurka wynika z twojej wypowiedzi, jakoby każda normalna dziewczyna marzyła o złym chłopaku, nie z opowiadania. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że niejasno to przekazałaś.

      Usuń
    3. To właśnie napisałam i połowicznie przyznałam Ci rację. A niejasność i inne błędy zaraz poprawię.

      Usuń
    4. Tyle że ocena to nie pierdu-pierdu przy kawie, więc powinnaś trzymać się tej właściwszej formy i dlatego też ja na to zwróciłam uwagę.

      Usuń
    5. Wydaje mi się, że to już indywidualne podejście oceniającego, ale skoro zwróciłaś na to uwagę, to poprawiłam i to.

      Usuń
  4. ile komentarzy!
    przepraszam za moje spoznienie. ten komentarz powstanie. obiecuje. najpewniej w przyszlym tygodniu, bo teraz nie mam czasu siedziec przy lapku. w zlym momencie zycia mnie to zlapalo, ech.

    OdpowiedzUsuń
  5. o matko, udało mi się.
    czuję, że nikt tego nie przeczyta, ale obiecałam, więc jestem. w skrócie, bo mam wciąż straszne urwanie głowy. dawno już nie żyłam w takim chaosie, żebym sobie nawet komcia porządnie do śniadania nie mogła napisać.
    jeszcze raz dziękuję za ocenę. straciłam już nadzieję na to, że się pojawi, a tu proszę, taka miła niespodzianka, nawet jeśli w takim niefortunnym, lipcowym momencie.
    (lipiec to chyba w ogóle nie jest mój miesiąc, dobrze, że się już kończy)
    'bez sarkazmu' - uśmiech do starych czytelników (którzy o dziwo istnieją), w tej najdłużej istniejącej wersji opko widniało pod szyldem being-sarcastic, co tłumaczy się na polski jako bywać sarkastyczną (co za konstrukcja)
    'Je te propose de retrouver le temps des roses' - powyżej przetłumaczyłaś le temps de roses jako czas róż, tutaj czas na róże. hm. nieznajomość nieznajomością, warto się jednak trzymać jednej wersji. le temps de roses to idiom oznaczający 'stare, dobre czasy'. francuzi nazywają to czasem róż, rosjanie czasami czasem wiśni, u nas to w zasadzie zwykle złote czasy. opowiadanie to monolog wewnętrzny człowieka, który próbuje sobie przypomnieć, jak to było, kiedy było dobrze. pasuje.
    'No i szablon... dokładniej o nim za moment, a teraz jedynie napomnę, że choć jest minimalistyczny, wygląda estetycznie i dość zachęcająco, z drugiej strony ani trochę nie nakierowuje na tematykę opowiadania.' - eci jest przykro pewnie. nie wiem, co bycie minimalistycznym ma do bycia nieestetycznym, zwykle przyjmuje się jednak, że jak jest napaćkane to właśnie się od tej estetyki odsuwa. na szablonie widnieje główna bohaterka, więc jest zgodne z tematyką, w końcu bs to taka historia w stylu ja, ja, ja, ja i w zasadzie poza tym rozbuchanym ego luny niewiele się dzieje.
    'Nie będę się rozpisywać na temat wyglądu, bo Mylog ma to do siebie, z tego co już zdążyłam zauważyć, że jest dość specyficzny w kwestii szablonów' - nie jest. wrzucasz kod i jest, jak chcesz.
    'Coś o tym wiem, hih hih.' - powiedziałaś, że się nie czepiasz, więc też się nie będę czekać.
    'I tak naprawdę nie czułam się, jakbym czytała romans, ale jakbym oglądała tragedię dziewczyny, która chciała tylko być szczęśliwa, która chciała mieć wokół siebie ludzi, którzy ją kochają.' - dziękuję, to chyba najmilsze, co można o bsie powiedzieć (w szczególności, że ja nie znoszę romansów)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 'Momentami brakowało może opisów wyglądu postaci, może trochę także wyglądu otoczenia, choć w mniejszym stopniu, ale wszystkie inne naprawdę niezwykłe.' - opisy nie za bardzo pasują do konwencji, bo przecież luna mówi do samej siebie, a ona wie, jak wszyscy wyglądają
      'Podoba mi się to, że mimo tematyki opowiadania i tego wszechobecnego dramatyzmu, potrafisz rozjaśnić na moment sytuację chociażby takim prostym, dość śmiesznym, choć dla bohaterki pewnie i zawstydzającym, zbiegiem okoliczności, jak rudy kot i rudy Rosier.' - to moja wina, mam obsesję na punkcie rudych stworzeń
      'Godna podziwu jest też przemiana, jaka zachodzi w dziewczynie – widać wyraźnie tę powolną ewolucję podejścia, co czyni Lunę uniwersalną – już nie taką potterowską, ale niemal zwykłą dziewczynę ze zwykłymi problemami.' - ku zaskoczeniu wszystkich, ffki to też zwyczajne opowiadania
      'Dlaczego ta babcia dalej żyje? I czy to ta sama babcia? Nic już nie wiem, z jakiegoś powodu utrwaliło mi się, że nie żyje… Oj, Mukudori, może to Ty po prostu uśmiercić chcesz wszystkie babcie po kolei…?' - matka luny nie żyje, o babci ze strony matki nigdy nie było wzmianki, babcia ze strony ojca siedziała cały ten czas w psychiatryku
      'No i denerwuje mnie brak Wilkesa… jest naprawdę wspaniałą postacią i żałuję, że nie mogę czytać o nim dłużej i dłużej…' - #teamwilkes, zawsze i wszędzie. parę lat temu chciałam, żeby luna kopnęła rosiera w dupę dla wilkesa, ale penny mi zabroniła, więc od tego czasu obwiniam ją o wszystkie luny nieszczęścia
      'Za każdym razem zastanawiam się, jak podejść do oceny pomysłowości i z której strony zacząć nadgryzać… i nigdy nie dochodzę do żadnych konkretnych wniosków.' - bo to bzdurna kategoria, bez obrazy. oryginalność jako kryterium estetyczne to nowy wymysł i w zasadzie nie jest akceptowany przez wszystkie szkoły estetyki.
      'Może w ten sposób, od samej podstawy, czyli od tematyki – blogów potterowskich jest ostatnio więcej niż grzybów po deszczu' - one już wymierają. to są takie resztki, że aż żal wspominać. ciesz się, że nie żylaś w internecie z dziesięć lat temu, potter wyskakiwał ludziom z internetowych lodówek
      'To nic, że nie są wymyśleni przez Ciebie, niemniej trudno jest kreować postać tak, żeby po pierwsze zgadzała się z kanonem (czego ja niestety nie sprawdzę), a po drugie była ciekawa i realistyczna, a przy tym jakoś… przypominała człowieka.' - wilkes pojawia się w dwóch zdaniach, rosier w trzech (bo odrąbał moody'emu nos, zuch chłopiec!), nott w zasadzie tylko jako proxy swojego syna (o którym się prawie nie mówi), reszta jest moja.
      'Evan okazuje się być sukinsynem, a nie miałam okazji dojść do momentu, w którym cokolwiek mogłoby go usprawiedliwić, o ile w ogóle taka chwila nastanie.' - spoiler alert, nie nastanie.
      'Wilkes to postać, której stanowczo jest mi mało teraz, kiedy wiem, że już prędko nie zobaczę kolejnego rozdziału' - wilkesa nie ma w następnym rozdziale; jest za to nott, którego też należy kochać, jak się już kocha wilkesa, nott to jest równy facet (chociaż morduje ludzi).
      (ten rozdział kiedyś powstanie, mam już pół, ale musiałabym w końcu usiąść na dupie)
      (to skomplikowane)
      i to chyba tyle, tak skrótowo dzisiaj. jeszcze raz dziękuję, przepraszam i zapraszam na bsa, bo kiedyś gdzieś jakoś w sierpniu ta notka jednak chyba powstanie.

      Usuń
    2. Zdziwię Cię jednak, bo przeczytam i nawet odpowiem. Dziękuję za wszystkie wyjaśnienia i przepraszam za swoje pomyłki.
      Ja z Mylogiem nigdy nie mogłam się dogadać, stąd moja opinia. Chociaż kiedy to ja ostatni raz próbowałam... Dawno, bardzo dawno, może coś się zmieniło.
      Kategorie zostały jeszcze z dobrych czasów Wszechstronnych, trzeba je chyba przemyśleć.
      Na bsa chętnie wpadnę za jakiś czas.
      Pozdrawiam ciepło i dziękuję!

      Usuń